27 grudnia 2009 r. Imieniny: Fabioli, Jana, Żanety
redakcja
partnerzy
subskrypcja
współpraca
forum


O granicach dobrego smaku w wydaniu samorzadowców z Urzedu Marszalkowskiego Wojewodztwa Dolnoslaskiego pisze Hanna Wieczorek w Slowie Polskim, Polska Gazeta Wroclawska, 13-14 wrzesnia 2008r.

Kategoria: finanse JST
Data publikacji: 2008-09-16 09:35:24
Autor: Redakcja

W gminie, szczególnie małej, trudno zresztą ukryć ekstrawaganckie wydatki. Po urzędowych korytarzach snują się ludzie, a do urzędniczych pokojów w każdej chwili może zaglądnąć wściekły petent. Znacznie łatwiej szastać publicznym groszem w instytucjach, do których nie trafia przypadkowy zjadacz chleba. Żaden wyborca nie policzy przecież, ile butelek wina zamawia Kancelaria Prezydenta RP, ani nie sprawdzi, ile pieniędzy wydają ludzie premiera na ciastka, kawę i wodę mineralną.

Autorka wskazuje, że za krótkiej kadencji Andrzeja Łosia na stanowisku marszałka dolnośląskiego urząd wzbogacił się o musztardniczki. Zakupiono je razem z nowymi szklankami, filiżankami, miecznikami do kawy i kryształowym lustrem. W sumie na te artykuły gospodarstwa domowego wydano prawie 4,5 tyś. zł. Inny urzędnik - dyrektor gabinetu ówczesnego marszałka, Dionizy Cezary Pacamaj (radny miejski z ramienia PO), wydał w ubiegłym roku ponad 10 tysięcy złotych na przekąski dla gości swojego szefa. Oprócz różnorodnych ciasteczek na liście zakupów znalazło się 130 kg świeżych i suszonych owoców. A dla łasuchów cukierki i czekoladki za ponad półtora tysiąca złotych. W sumie w roku 2006 na utrzymanie gabinetu marszałka Pawła Wróblewskiego wydano 103 tyś. zł, a rok później - na marszałka Łosia - ponad 260 tyś. zł. Pytany o opinię w tej sprawie wrocławski politolog, doktor Andrzej Ferens, podkreśla, że w samorządach, w większości, nie zauważa się ekstrawaganckich wydatków, bo i większości gmin nie stać na nie. No może, wójtowie rywalizujących gmin ścigają się, który będzie miał lepsze auto. Ale wystarczy pooglądać siedziby dolnośląskich magistratów, żeby prysł mit urzędniczych luksusów. Co więcej, zdarza się, że strach przed osądem radnych i wyborców paraliżuje wójtów czy burmistrzów. W jednej z podwrocławskich gmin urząd mieści się w niewielkim, obskurnym budynku przypominającym bardziej barak niż ratusz. Urzędnicy gniotą się, nie mają warunków do przyjmowania petentów, a wójt boi się zaproponować budowę nowego urzędu gminy. Bo radni powiedzą, że urzędnikom znowu zachciało się nie wiadomo czego, a ludzie - wyborcy - poprą ich w psioczeniu na rozrzutność wójta. I wskażą, jak lepiej można byłoby wydać pieniądze, W gminie, szczególnie małej, trudno zresztą ukryć ekstrawaganckie wydatki. Po urzędowych korytarzach snują się ludzie, a do urzędniczych pokojów w każdej chwili może zaglądnąć wściekły petent. Znacznie łatwiej szastać publicznym groszem w instytucjach, do których nie trafia przypadkowy zjadacz chleba. Żaden wyborca nie policzy przecież, ile butelek wina zamawia Kancelaria Prezydenta RP, ani nie sprawdzi, ile pieniędzy wydają ludzie premiera na ciastka, kawę i wodę mineralną. Nie da się ukryć, że nasze zainteresowanie urzędowymi wydatkami jest tym większe, im wyższe kwoty wchodzą w grę. I wytyka się samorządowcom, politykom, parlamentarzystom, że wydali 10, 50, 70 czy 100 tysięcy. Skrupulatnie wylicza, ile przegadali przez komórkę na koszt wyborców, jak duży kawałek świata zwiedzili w czasie parlamentarnej czy też samorządowej kadencji. Ze wzburzeniem wskazuje się palcem na pałace wykładane marmurem i granitem, które przy bliższym oglądzie okazują się siedzibą oddziałów Zakładu Ubezpieczeń Społecznych czy też urzędów skarbowych. A przepych tym bardziej boli, że na przykład ZUS ma się zajmować emerytami i rencistami, którzy z definicji za bogaci nie są.

Zdaniem innego cytowanego w tekście politologa z Wrocławia, doktora Radosława Solarza, wcale nie jest istotne, czy politycy i urzędnicy głupio wydali 50 złotych, czy milion. Istotne jest to, że w Polsce tak naprawdę nie istnieją kryteria wydawania publicznych - czyli naszych - pieniędzy. A my, obywatele, w gruncie rzeczy godzimy się z tym i przyzwalamy na tę rozrzutność, ponieważ łaskawym okiem spoglądamy nabizantyjskość władzy. Bo przecież w naszej kulturze utarło się, że władza musi być widoczna. My, wyborcy, przez palce więc patrzymy na to, iż politycy kupują coraz to droższe samochody, bardziej okazałe meble. A oni ze swej strony są przekonani, że takie właśnie zachowanie buduje ich prestiż. Nie dziwi nas, że w polskich urzędach wydaje się złotówki na ozdóbki - choćby na obrazki do powieszenia na ścianę. Ostatecznie urzędnik też człowiek i dlaczego ma się męczyć osiem godzin w pracy, wpatrując się w gołą ścianę. W Skandynawii byłoby to nie do pomyślenia. W Norwegii wszystkie pokoje we wszystkich urzędach są białe, bo biała farba jest najtańsza! Także urzędowe meble są wszędzie jednakowe, a na dodatek pochodzą od krajowego producenta. Przy ich wyborze pracownicy administracji kierują się jednym kryterium: mają być funkcjonalne, a nie reprezentacyjne. Także w Walii urzędy samorządowe są bardzo skromne, na nasze standardy wręcz siermiężne. Natomiast nie żałuje się publicznego grosza na wydatki związane z informowaniem obywateli o zadaniach administracji i obszarach jej działalności. W starych i okrzepłych już demokracjach, w których określenie - społeczeństwo obywatelskie - to nie tylko puste hasło, jednym z ważniejszych kryteriów przy wyborze posła, senatora czy też radnego jest to, czy potrafi on gospodarować publicznymi pieniędzmi. Bo jeśli nie umie, jeśli wyrzuca je na głupie lub niepotrzebne rzeczy, to musi się liczyć z tym, że nikt na niego ponownie nie zagłosuje. Przecież taki reprezentant jest zatrudniany przez obywateli do zarządzania, tak jak prywatne firmy zatrudniają dyrektorów! Dlatego w starych demokracjach takie wydatki poddawane są publicznej kontroli i publicznemu osądowi. W Polsce natomiast dyskusja koncentruje się zwykle na jednym: czy wydatek był zgodny z prawem. Jeśli nie naruszył przepisów, a najczęściej właśnie tak się dzieje, to wszyscy uważają, że nic się nie stało. A tak nie jest.

Każdy wydatek powinien być objęty nie tylko kontrolą prawną, ale także społeczną. To my, obywatele, powinniśmy patrzeć politykom, samorządowcom, urzędnikom na ręce i powinniśmy rozliczać ich z gospodarowania publicznym groszem. Ważne, by nasi politycy pamiętali, że w sferze publicznej można sobie pozwolić na o wiele mniej niż w życiu prywatnym. Bo prywatnie można od kogoś pożyczyć pieniądze, nie oddać mu i nadal pozostawać z tą osobą w dobrych stosunkach. Można kogoś okłamać, wytłumaczyć się z tego i dostać rozgrzeszenie. W życiu publicznym jest to nie do pomyślenia. Trzeba przyznać, że w przypadku bakalii i zastawy stołowej marszałka Łosia zareagowała także Najwyższa Izba Kontroli. A obecny marszałek przyznaje, że 150. 000 złotych wydane na słodycze i owoce to gruba przesada. Mam jednak nadzieję, że dolnośląscy samorządowcy nie zaczną nadmiernie oszczędzać. Ostatecznie nikt nie wymaga, by goście marszałka, prezydenta, wójta czy burmistrza pijali herbatę lub kawę w fajansowych kubkach rodem z PRL-owskiego baru mlecznego. Musztardniczki niekoniecznie należy też zastąpić musztardówkami.

Źródło: Słowo Polskie, Polska Gazeta Wrocławska, 13-14 września 2008r.



  powrót do strony głównej
  wersja do druku
  wyślij znajomemu







Aktualnie brak komentarzy do tego tekstu.