1 kwietnia 2010 r. Imieniny: Chryzamtyny, Grażyny
redakcja
partnerzy
subskrypcja
współpraca
forum

Z Laudatorem po Afryce


O Czarnym Lądzie wciąż wiemy niewiele, a wiadomości płynące z tego kontynentu są najczęściej złe i niepokojące. Myślę jednak, że Afryka to dziś ogromny potencjał, który może zmienić ten obraz: 70 procent jej mieszkańców nie przekroczyło jeszcze 25. roku życia. To jest nadzieja na przyszłość, młodzi mogą wszystko naprawić, zacząć od nowa. Chciałbym w to uwierzyć. Ale czy tak będzie? Postanowiłem się o tym przekonać, zobaczyć na własne oczy jakie są szanse na zmiany, poczuć afrykańską codzienność, podróżować, odwiedzać małe społeczności i wielkie miasta, rozmawiać z ludźmi, pytać czym żyją, jak się bawią, co ich martwi, a o czym marzą. Uczestnicząc w różnych wyprawach, otarłem się o cztery kontynenty, pisałem reportaże dla prasy i robiłem zdjęcia. Za samotny motocyklowy rajd wokół Australii magazyn Podróże nagrodził mnie statuetką Podróżnika Roku 2004. Bycie w drodze i poznawanie w ten sposób świata to mój żywioł. Zapraszam Państwa w podróż z Laudatorem po Afryce.

Nasz człowiek w Afryce - galeria zdjęć






I wreszcie Cape Town


Zobaczylem pingwiny, to juz chyba czas by wracac...

absolutne zmeczenie, sennosc, bol glowy i klucie w boku. ale jestem, stoje nad brzegiem oceanu, gapiac sie na male stworki w czarnych frakach, dalej jest juz tylko antarktyda. to koniec. przynajmniej na razie. potrzebuje czasu i dystansu. dystansu do dystansu.

nie mam wnioskow. nie mam podsumowania ani fajerwerkow.

sporo sie dzialo, nie wszystko zostalo jeszcze powiedziane.

wracam. wroce tez na bloga. wkrotce.





Johannesburski kryminal


Steven zniknal. siedzial tu z nami przy stole, saczyl swoje urodzinowe wino z kartonu, czekajac az usmazy sie mieso na ogniu. moze i nikt by nie zauwazyl jego zniknieca, gdyby nie zapach spalenizny, ktory dostal sie do naszych nozdrzy.

siedzielismy poznym wieczorem w salonie duzego domu z pieknym ogrodem i basenem. w srodku kanapy i ogien w kominku. schronisko dla strudzonych wedrowcow, na obrzezach miasta, ogrodzone plotem i obwarowane alarmami. tylko takie miejsce udalo mi sie znalezc na nocleg w johannesburgu.

- chcesz jechac do centrum? -- dziwili sie -- to niebezpieczne! -- ktos opowiadal jak to widzial 10 uzbrojonych po zeby gosci rabujacych konwoj z pieniedzmi. ktos inny slyszal o dziewczynie, ktorej wbili noz w plecy gdy sobie spacerowala. gazety pelne sa trupow. przyjechalem tu autobusem, bo jak zapytalem ile kosztuje pociag, kobieta w okienku rzekla powaznie -- a ile warte jest twoje zycie?

i chociaz nie chcesz i sie przed tym bronisz, to jednak wyobraznia pracuje. a teraz steven zniknal... cos musialo sie stac, przeciez nikt nie zostawilby soczystych stekow na ogniu, tak by sie kompletnie spalily. wyszedl tylko na chwile, zatoczyl sie i wypadl przez drzwi, ale dlaczego nie wraca?

i wtedy z zewnatrz dobiegl nas krotki pisk... to mercy, dziewczyna z zimbabwe. znalazla stevena.

wybiegamy na zewnatrz, w swietle otwartych drzwi zobaczylem go lezacego na trawie, z glowa w krzakach, pokiereszowana twarz.

pewnie, ze byl meczacy, wstawiony, darl sie na caly glos. obrazal wszystkich po kolei. mlody biznezmen z durbanu, o hinduskich rysach.

wyobraznia pulsowala, stalismy tam nad nim, wlasciwie kazdy z nas mogl to zrobic, kazdy z nas na chwile wychodzil z salonu...

chociaz nie -- byla tam blond dziewczyna, siedziala przez caly czas na kanapie, palac jednego za drugim papierosem, wpatrujac sie w telewizor.

obok para z argentyny, steven mamrotal do nich cos o maradonie, pytal czy jest teraz prezydentem, a jak nie jest to powinien. ale czy to bylby dla nich wystarczajacy motyw?

byla jeszcze mercy, ta ktora go znalazla. dziewczyna z zimbabwe, ktora wlasnie wrocila z niemiec od swojego chlopaka. steven nigdy nie byl w jej kraju, ale wyzywal sie na jego mieszkancach, obrazajac w slowach najciezszych. ale mercy? nie, ona nie mogla tego zrobic. wrazliwa i delikatna dziewczyna, zakochana po uszy, wkrotce zostanie zona.

w pokoju byl jesze bomba. tez z zimbabwe. probowal dyskutowac i odpierac argumenty, choc nie mogl przebic sie przez krzyk stevena. byl dzialaczem pacyfistycznym, opozycjonista, intelektualista. wysuwal swoje argumenty, nie dal sie sprowokowac. chcial dyskutowac. nie posunalby sie do kroku ostatecznego.

z grona podejrzanych zostalem tylko ja. ja. no pewnie -- jako jedyny powiedzialem stevenowi zeby sie odpierdolil. impreza zaczela sie sympatycznie, rozmowa, wino. ale potem chlop zaczal wariowac, obrazal ludzi i ich kraje. burczal tez cos do mnie. ignorowalem. napieral. ja nic. prowokowal. wszyscy to widzieli. gotowalem sie w srodku. pewnie tez na twarzy. jestem pewien, ze wszyscy to widzieli. czekali na moja reakcje. oczywiscie, ze beda zeznawac. co z tego, ze jestem niewinny. wiezienia pelne sa takich.

stalismy teraz nad lezacym cialem. wolalem trzymac sie z tylu, lepiej nie dotykac i rozsiewac odciskow palcow, ktore moga zmylic trop.

zaczeli go szarpac -- zyjesz? zyjesz??

i wtedy lezacy jak niezywy steven wydal z siebie przeciagly mruk i niezdrowy pisk -- ale sie najebaaaalem...

po czym ryknal na trawe cala zawartoscia zoladka, bryzgajac na boki.

i byl to najpiekniejszy widok jaki ostatnio widzialem -- zyje... -- wyszeptalem z ulga.






Trojskok


tak sie jakos sklada, ze dokladnie jak dwa lata temu o tej porze roku, jestem w okolicach dwudziestego poludniowego rownoleznika. i ponownie w rece buteleczka trunku, na ktorej wypisuje zaklecia i marzenia.

pierwsza taka butelczyna czeka na mnie zakopana w okolicach three ways, gdzies posrodku australijskiego buszu.

dzis ukrywam kolejna, w dolinie, miedzy skalami, posrodku zimbabwe.

szlismy w nocy, przedzierajac sie przez krzaki, robiac nasze trojskoki przez rwace rzeki, niosac spiwory w plecakach, nasluchujac glosow hien, odnajdujac jaskinie z malunkami, nazywalac sie starymi komradami.

francis wracal do domu, do swej rodzinnej osady miedzy gorami, a ja zakopac tu kolejny plynny skarb.

kiedys mam nadzieje tu powrocic, odnalezc co zostawilem i przechylic za to co sie spelnilo i za to co jeszcze nie.

teraz pozostal mi juz tylko jeden trojskok: pretoria -- johannesburg -- capetown.

najlepszego. hej!





Jarosław Sępek



Więcej relacji na www.sempeck.pl